← Strona główna

Kiedy własne „nie” przychodzi po czasie

Zdarza się, że zgadzamy się na coś bez większego wahania, a dopiero później orientujemy się, że właściwie wcale nie mieliśmy na to ochoty. Nie dlatego, że ktoś naciskał ani dlatego, że nie wiedzieliśmy, czego chcemy, ale dlatego, że własna odpowiedź pojawiła się w naszej świadomości z pewnym opóźnieniem.

Ktoś prosi o pomoc, proponuje spotkanie, chce coś przełożyć albo dorzuca kolejną rzecz do już pełnego tygodnia. Znasz ten moment, gdy odpowiadasz niemal odruchowo, a dopiero po jakimś czasie pojawia się irytacja, przeciążenie albo niechęć do tego, na co sam się zgodziłeś?

Interesujące jest dla mnie właśnie to przesunięcie w czasie: moment, w którym zgoda została już wyrażona, ale własne stanowisko jeszcze nie zdążyło się wyraźnie pojawić.

Czasem szybciej orientujemy się w tym, czego potrzebuje druga osoba, niż my sami. Wydaje mi się, że nawet krótka chwila pozostawienia kogoś bez odpowiedzi może być trudniejsza niż natychmiastowa zgoda.

Przypomina mi to okres szkolny, kiedy będąc branym do odpowiedzi, miało się bardzo ograniczony czas na odpowiedź na pytanie nauczyciela. Pytanie, na ile ten sposób reagowania służy nam jeszcze w dorosłym życiu?

Jeżeli własne „nie” regularnie pojawia się dopiero po czasie, warto przyjrzeć się właśnie temu opóźnieniu. Co sprawia, że własne stanowisko staje się dostępne dopiero wtedy, gdy decyzja została już podjęta? Czego potrzebujemy, żeby usłyszeć je wcześniej?