Czy wszystko w sobie trzeba naprawiać?
Łatwo przyzwyczaić się do myślenia o sobie w kategoriach rzeczy do poprawienia.
Za bardzo się przejmuję. Za długo analizuję. Potrzebuję więcej czasu. Za mało ćwiczę. Muszę jeść zdrowiej. Powinienem lepiej radzić sobie ze stresem, być bardziej konsekwentny, lepiej wykorzystywać czas i w ogóle więcej nad sobą pracować.
Niektóre z tych rzeczy rzeczywiście mogą utrudniać życie i warto się im przyglądać. Zastanawia mnie jednak, jak często przed próbą zmiany sprawdzamy, czy to, co chcemy w sobie poprawić, rzeczywiście stanowi dla nas problem.
Być może przeszkadza nam brak ruchu, bo gorzej się czujemy, szybciej się męczymy i chcielibyśmy mieć więcej siły. To jest dość konkretne. Można też dojść do wniosku, że ćwiczy się za mało dlatego, że ktoś znajomy trenuje pięć razy w tygodniu, kolejna osoba właśnie przebiegła półmaraton, a telefon od kilku dni pokazuje ludzi, którzy wstają o piątej rano, ćwiczą, medytują, jedzą idealne śniadanie i najwyraźniej zdążyli już uporządkować całe swoje życie przed ósmą.
Porównywanie się z innymi samo w sobie może oczywiście dostarczyć ważnej informacji. Cudzy komentarz również może zwrócić uwagę na coś, czego wcześniej nie zauważaliśmy. Pytanie, co dzieje się później. Czy sprawdzamy, czy rzeczywiście ma to znaczenie w naszym własnym życiu, czy od razu dopisujemy kolejną pozycję do listy rzeczy wymagających naprawy?
Łatwo się w tej pracy nad sobą zagalopować. Zaczynamy od rzeczy, które faktycznie nam przeszkadzają, a po pewnym czasie wewnętrzny krytyk dość sprawnie potrafi znaleźć kolejną rzecz do poprawienia. Potem jeszcze jedną. I jeszcze jedną.
W pewnym momencie praca nad sobą może zacząć przypominać czepianie się siebie.
Można przez lata próbować mniej się przejmować, szybciej decydować, być bardziej towarzyskim, bardziej zdyscyplinowanym albo bardziej produktywnym, a czas na sen i zmęczenie wpisać w kalendarz. Część z tego być może rzeczywiście warto zmienić.
